W objęciach pierwszego dźwięku

Jakiś czas temu przyznałem się, że coraz bardziej pociąga mnie muzyka spod znaku ambientu. Tłumaczyłem to sobie potrzebą ucieczki od zgiełku tego świata, a zwłaszcza mediów przepełnionych hałaśliwymi i natrętnymi reklamami. Z domowego archiwum wygrzebałem zakurzoną płytę Briana Eno (uważanego przez wielu za twórcę tego kierunku w nowoczesnej muzyce) i przez wiele wieczorów dźwięki z płyty „Apollo” przenosiły mnie pod rozgwieżdżone niebo (Under Stars, Under Stars II), pozwalały oddać się błogiemu stanowi nieważkości (Weightless) i polecieć hen, między gwiazdy (Stars). Powiadają, że Brian Eno wymyślił ambient w latach 70., leżąc w szpitalu i próbując przenieść otaczające go dźwięki w muzykę.

Ideogram sylaby Om - dźwięku powstania Wszechświata

Ideogram sylaby Om — dźwięku powsta­nia Wszechświata

Moim zdaniem ambientu nie wymyślił Eno. Ta muzyka jest dużo starsza — możemy usłyszeć ją w mantrach melorecytowanych od tysięcy lat przez tybetańskich mnichów. Najgenialniejsza i najprostsza zarazem jest ta, która odzwierciedla dźwięk narodzin Wszechświata — Om — najświętsza sylaba hinduizmu. Jej uzdrawiających wibracji doznał kolega z pracy, zmagający się od kilku lat z rakiem i podzielił się tym doświadczeniem ze mną, za co Mu serdecznie dziękuję. To wspaniałe uczucie, gdy wibracje tybetańskich gongów przenikają na wskroś całe me jestestwo niczym promieniowanie reliktowe wypełniające Wszechświat.

Ambient to po prostu muzyka otoczenia — nie bez kozery twórcy tzw. muzyki relaksacyjnej lubią łączyć miłe dla ucha melodie z odgłosami natury. A że nasze najbliższe otoczenie staje się coraz bardziej oddalone od przyrody, to i nie dziwota, że muzyka ambientu to teraz najczęściej muzyka elektroniczna.

Nie wiem czy świadomie czy też przypadkiem, zespół Kraftwerk — jeden z pionierów muzycznej elektroniki, na płycie „Radioaktivität” (wyd. ang. „Radio-Activity”) — nawiązuje do „sylaby Om” w kończącym płytę niby to żarcie muzycznym „Ohm Sweet Ohm”. Utwór zaczyna się tymi właśnie słowami powtarzanymi wielokrotnie, a słowo „Ohm” śpiewane jest tak, jakby syntezer mowy chciał śpiewać właśnie mantrę Om… W tle powoli, lecz konsekwentnie rozwija się prosta melodyjka, która nabiera tempa i faktury poprzez wprowadzanie coraz bogatszego instrumentarium. Ot, taki urokliwy, na krawędzi kiczu, obrazek narodzin Wszechświata w pigułce. „Radioaktivität”1 to płyta, której warto poświęcić więcej uwagi przez wzgląd na to, iż jest swoistym hołdem dla… fal radiowych i promieniowania, czyli tych niewidzialnych nośników energii tworzących Kosmos, a więc i nas (Radioactivity is in the air for you and me…). Na płycie znajdziemy proste wyjaśnienie istoty anteny (I'm the transmitter I give information You're the antenna Catching vibration…). Jest też świetny kolaż muzyczny pt. „Radio Stars”, gdzie cała warstwa literacka ogranicza się do słów: Aus des Weltalls Ferne Funken Radiosterne Pulsare und Quasare. Krótko mówiąc — pozycja obowiązkowa nie tylko dla radioastronomów!

Wszystkim Czytelnikom życzę w Nowym Roku niezakłóconego odbioru wielu pozytywnych wibracji — tych z głośników czy słuchawek podłączonych do odtwarzaczy muzycznych, jak i tych z Kosmosu.

(Źródło: „Urania — PA” nr 6/2006)